Po pierwsze: z nieopisaną przyjemnością poszłam w miasto na zdjęcia... co to było za uczucie... jakbym nagle po latach zerwała się na wolność... I weszło mi kilka naprawdę pięknych adresów.
W pierwszy dzień poszłam bez planu. W kolejny już z kartką, miałam konkretne miejsca do odwiedzenia.
W jeszcze następny poszłam z nową kartką. Wyobraźcie sobie, że kilku obserwujących moją stronę wpadło na ciekawy pomysł, by mnie poprosić o zdjęcia spod adresów, które kiedyś były związane z ich życiem przez długie lata.
Podjęłam wyzwanie, część z nich już mam gotowych do zdjęciowej relacji.
Fascynuje mnie ta robota i kontakt z ludźmi.
Z moich prywatnych perypetii, powolutku wykopuję się ze zdjęć, ujawniam wędrówki po Węgrzech, temat wkrótce dobiegnie końca, jeszcze Słowacja i Czechy.
Oczywiście nie zapominam o Niemcach. Kończę też Wałbrzych.
To był zdecydowanie najbardziej ekstremalny punkt naszej wycieczki:
Zapisałam już także wizytę z polskiej zamkniętej elektrowni. Nie idę chronologicznie, bo nie ma takiej potrzeby. Opuszczone laboratorium z Węgier również wpadło:
Zaczęłam wreszcie więcej czytać książek. Ale to wciąż mało względem moich czytelniczych potrzeb, bo górka rośnie.
Odpoczywam w pasji, ba, nawet serial włączyłam, słaba fabuła, ale ładnie wizualnie. Moja mózgownica przy nim odpoczywa.
A po szóstym od razu w kierat. Do pracy i już w pierwszy weekend szkoła. Jakoś to będzie. Na razie nie dramatyzuję. Postawiłam sobie za cel, aby przynajmniej raz w tygodniu na te zdjęcia iść mimo wszystko, bo inaczej (wiem już z autopsji) mogę oszaleć... A jak nie szaleję z przepracowania, to bardziej skupiona jestem i zrazu szczęśliwsza. I tego zamierzam się trzymać.

