Od początku roku pociągnęły się za sobą rozmaite wydarzenia. Czy dobre, o tym zdecyduje nastawienie do owych wydarzeń, wszak człek marudny nazwie wszystko złym, a wytrawny – tzw. koneser życia – w każdym znajdzie dobry smak.
Otóż nadeszły wspaniałe mrozy jakich od dawna nie było, a niektórzy z Was wiedzą, że wykorzystuję je na morsowanie na sucho.
Mrozy zatem ucieszyły mnie, ale morsowania nie było do tej pory z braku czasu zwyczajnie. Coś tam w końcu zaczęło mnie "brać" chorobowego, a wtedy morsować w żaden sposób nie wolno. I tak sobie żyłam, organizm mam silny, więc cały czas "na tym braniu" przez parę tygodni funkcjonowałam bez najmniejszego problemu, czekając aż mi przejdzie. I by mi przeszło, ale słabość kobieca dopadłszy mnie z kretesem, osłabiła ciało i ze zdrowia fiasko, a z morsowania nici.
Siła zdrowia jednak wykaraskała mnie z problemu w trzy dni, niemniej najpierw trzeba trochę pochuchać na się, nim na mróz srogi wyjdę, by wreszcie móc morsować. Czyli na nadchodzący weekend będzie jak znalazł.
Przypomnę, że morsowanie na sucho nie istnieje, to moje znaczenio-twórstwo. Hartowanie organizmu – ubierasz się cienko i biegasz po mrozie, przy czym jest gorąco, no bo biegasz. Ale za to zdrów jesteś, odporny na przeziębienia i co ważniejsze – odporny na zimno - nie marzniesz.
Miałam swoją pierwszą w życiu stłuczkę. Pan wjechał mi w bagażnik, podczas gdy ja stałam na zakręcie przed pasami, po których lazł pieszy.
Uczucie takie jakby mi pół auta skasował. Stałam na hamulcu, a gość popchnął mi auto. A huk!!
Okazało się, że dziura w zderzaku i lekko wgnieciona klapa. Spisaliśmy oświadczenie, sprawa już zgłoszona, wkrótce kolejny raz wstawię samochód do mechanika. Nic to, że dopiero był robiony i znowu nie będę mogła nigdzie sobie na wycieczkę pojechać, a zbliża się WRESZCIE wolny weekend. Kolej odpada, bo dużo teraz odwołują linii, przypuszczam że w weekend na stacjach to będzie gehenna.
Puenta jest taka, że jeżeli doświadczać wydarzeń drogowych, to najlepiej nie z własnej winy, a jeszcze lepiej, kiedy nie jest się ofiarą obrażeń. Zaś weekend to ja i tak sobie wykorzystam odpowiednio.
Zakupiłam kwiatka. Chyba będę budować dżunglę od nowa. Gdyby ktoś nie pamiętał, miałam dżunglę tropikalną i rośliny owadożerne, ale wpadł niezidentyfikowany pasożyt, którego żadnym środkiem nie dało rady zwalczyć i wszystko kaput. Prawie wszystko. I w te gatunki od "prawie", zamierzam wejść, skoro takie mocne.
Na pokładzie zawitał Filodendron Imperial Red.
Kolejne foty z Drezna i krótka opowieść podróży, trafiła już na wycieczkowy blog, jeszcze świątynie. A te w Dreźnie są na wypasie... Akurat w szkole mam barok, więc jak znalazł.
I tym sposobem zakończę temat Drezna, zostaje Wałbrzych, bo mam trzy grube foldery zdjęć jeszcze... i to będą sztosy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz